Hollywood na zdjęciach wygląda jak kraina z bajki, ale na żywo to konkretny, surowy klimat. Nie ma co się nastawiać na sterylny blichtr – to miasto ma swój brud i swój charakter.

  • Griffith Observatory: Zamiast przepychać się na Walk of Fame, uderzamy pod obserwatorium. Kiedy staniesz na tarasie i zobaczysz ten nieskończony ocean świateł pod stopami, a za plecami będziesz mieć napis Hollywood, poczujesz, że te tysiące kilometrów były tego warte.
  • Walk of Fame: Przejdziemy się po tych słynnych gwiazdach, ale bez spiny. To dobre miejsce, żeby zobaczyć, jak miesza się tu turystyczny szał z prawdziwym życiem ulicy.

Santa Monica i Venice Beach: Gdzie „szóstka” wpada do wody

Zrzucamy kurz z naszych fur prosto do Pacyfiku. To tutaj oficjalnie kończy się Route 66, którą tak dzielnie jechaliśmy.

  • Santa Monica Pier: Kultowe molo z diabelskim młynem to taki nasz „checkpoint”. Można tam po prostu usiąść, popatrzeć na fale i poczuć, że misja Arizona-Nevada została odhaczona.
  • Venice Beach: To jest stan umysłu, a nie tylko plaża. Muscle Beach, skaterzy, uliczni grajkowie i ten specyficzny luz, którego nie znajdziecie nigdzie indziej. Tutaj nikt na nikogo nie patrzy krzywo – pełna swoboda.

Lecimy z tym dalej!

To nie jest koniec naszej przygody, to po prostu zmiana scenografii na palmy i ocean. Przed nami jeszcze sporo do zobaczenia, zanim zamkniemy ten Road Trip 2026.

Mamy jeszcze kilka wolnych slotów na kwiecień i wrzesień 2026. Jeśli chcesz się z nami zgubić w LA, a potem ruszyć dalej w trasę – uderzaj na priv po plan i koszty.

Pytanie do Was: Wolicie zostać w klimacie starego kina w Hollywood, czy uciekacie ze mną na Venice, żeby po prostu posiedzieć na piasku z kawą w ręku?